PROJEKT KLIFY: Zew oceanu i (nie)winna pauza

Z pamiętnika Żółwika
„Projekt KLIFY”
Dzień 13
24 września 2025 – środa
Dystans: 4 156 km
„ZEW OCEANU I (NIE)WINNA PAUZA”
Podczas naszych dotychczasowych spotkań akwenami tak naprawdę mieliśmy do czynienia bardziej z Kanałem La Manche aniżeli z otwartymi wodami Oceanu Atlantyckiego. Klify w północnej Normandii, klasztor Mont St Michel to jeszcze był kanał.
Będąc przy okazji ostatniego koncertu w Nantes mieliśmy zaledwie 40 km do Oceanu Atlantyckiego w pełnej jego krasie.
Zanim wyruszyliśmy na wschód w stronę Polski postanowiliśmy jeszcze za namową Michela odwiedzić miejscowość Pornic i zobaczyć jak tam wygląda wybrzeże:)
Otwarte wody Atlantyku przywitały nas z wielkim spokojem. Brzeg oceanu był również zupełnie inny niż łagodne, miękkie kredowe klify w Normandii. Skały były tutaj ostre i twarde na których każdy nieostrożny ruch mógł zakończyć się bolesnym upadkiem. Kolor miały ciemnobrązowy. Wysokość pływów wyraźnie wskazywały ostre białe muszle którymi oklejone były skały do pewnej wysokości.
Z tym niepokojącym widokiem kontrastowała aura – piękne słońce i cichy, spokojny plusk wody podczas przypływu. Nie to co wielkie, huczące fale rozbijające się o klify w Normandii. Między skałami zamiast piasku było pełno mniejszych i wielkich muszelek co nie umknęło uwadze naszych najmłodszych oraz drużyny z pracowni Renowatoria 🙂
Atlantyk pożegnaliśmy symbolicznie wrzucając do otchłani po „grosiku” oraz wypowiadając magiczne słowa „jeszcze tu wrócimy”! W rzeczy samej 🙂 W rozmowach z naszymi nowymi przyjaciółmi których mieliśmy okazję poznać podczas podróży zaczęły kiełkować już powolutku plany kolejnych wypraw.
Z Pornic ruszyliśmy na północny wschód od Nantes do miejscowości La Varenne gdzie kiedyś na winnicy pracował brat mojej Matki Chrzestnej. Na miejsce zajechaliśmy wczesnym popołudniem. Pod budynkiem merostwa czekał na nas w starym Citoënie C15 właściciel winnicy Gilles za którym ruszyliśmy do jego winnicy. Dalej stało się to, czego zapewne się spodziewacie – nasz wyjazd opóźnił się o kilka godzin… Degustacja win słodkich, wytrawnych, białych, czerwonych, różowych, porównywanie roczników a po tym… dochodzenie do siebie na pobliskim parkingu 🙂
Niebiosa o nas zadbały i wpłynął na ekipę Renowatorii żeby wzięli ze sobą turystyczny ekspres do kawy!
Czas spędzony na parkingu spędziliśmy na poszukiwanie miejsca na nocleg gdzieś w centralnej Francji.
Udało się – obraliśmy kierunek na jeden z największych zamków w Dolinie Loary – Château de Chambord.
Tradycyjnie w miejscu noclegu wylądowaliśmy około północy. W domku gdzie przypadło nam nocować było już zimno ale na szczęście był kominek. Okazało się że to domek który odstąpiła nam Pani Buddystka – pełno chorągiewek, posążków, kadzideł i obrazów – ogólnie fajowo.
Naszą uwagę przykuły jednak dzwonki tingsha które za nami od pewnego czasu chodzą. Nawet użyliśmy je w nagraniu „Żelaznego deszczu” ale zagrał na nich wtedy Łukasz Luka Mazur. Pierwszy raz mieliśmy okazję na nich zagrać – to są dzwonki medytacyjne ale ich krystaliczny dźwięk i długi czas wybrzmiewania świetnie pasują do wykorzystań studyjnych! Podróże kształcą – ten nocleg przekonał mnie z pewnością że takie dzwonki będą kolejnymi instrumentami do naszej kolekcji 🙂
Uściski,
Inula











