PROJEKT KLIFY: Rouen i… brak przepływu

Z pamiętnika Żółwika
„Projekt KLIFY”
Dzień 11
22 września 2025 – poniedziałek
Dystans: 3 700 km
„ROUEN I… BRAK PRZEPŁYWU”
W Elbeuf pod Rouen Alicja ugościła nas iście po królewsku! To była prawdziwa uczta dla ducha – dom przepełniony dziełami sztuki a w salonie ponad stuletni fortepian. Oczywiście nagraliśmy nieco improwizowane wersje Niespokojnego ducha i Klifów z tym wspaniałym instrumentem 🙂
Plan był taki, że po śniadaniu ruszamy na krótki spacer po Rouen i dalej w trasę ale… zatrzymały nas pewne dwie usterki. Można uznać że obydwie usterki były związane z brakiem przepływu…
W przypadku auta ekipy technicznej – Forda Mustanga brak przepływu objawił się przepaleniem kostki od
wentylatora chłodnicy. To dlatego autko dzień wcześniej miało gorączkę przy wolniejszej jeździe. Jeszcze przed śniadaniem ruszyliśmy z Kamilem w stronę Rouen szukać warsztatu ale okazało się że naprawa ad hoc Forda Mustanga – chluby amerykańskiej motoryzacji jest we Francji tematem… trudnym do przeskoczenia.
Znowu zbawienny okazał się pilniczek do paznokci! W dodatku ten sam który uratował nam podróż pierwszego dnia – brawo Kamil! Mimo to rozwiązanie usterki Mustanga zajęło nam około 2 godziny.
Kolejną godzinkę z planu dnia wyrwała nam druga usterka, poniekąd również związana z brakiem przepływu… Dom u Alicji to piękny, stary trzykondygnacyjny budynek otoczony olśniewającym ogrodem. Owo piękne „maison” pokazało jednak pazurki gościom z Polski. Tuż przed śniadaniem toalecie na pierwszym piętrze zatkałem kanalizację… Na amen… Nie pomógł nawet dumnie brzmiący przepychacz sanitarny. Biedna gumowa ssawka z drewnianym trzonkiem okazała się bezradna. Na wyposażeniu „maison” nie było ostatniej sprężyny ratunku i sprawa zakończyła się ręcznym opróżnianiem muszli. W trakcie jak Żółwik nieudolnie próbował naśladować mitycznego „plombier polonais” czyli „polskiego hydraulika” reszta ekipy biesiadowała w najlepsze piętro niżej… Ostatecznie po umyciu łazienki dołączyłem wyraźnie rozbawionej moim powrotem ekipy z Alicją na czele 🙂 W nagrodę za dzielną walkę, po śniadaniu zrobiłem sobie zdjęcie z potężną skorupą żółwia. Przyznam że całkiem miło było przybić „żółwika” z plastronem!
Na odjezdne otrzymaliśmy od Alicji wyjątkowy prezent – butelkę oryginalnej nalewki ziołowej Bénédictine znanej u nas jako „benedyktynka”. Ten składający się z 40 ziół likier wytwarzany był przez Benedyktynów od XVI wieku w klasztorze w Fécamp. Tym samym Fécamp nieopodal klifów w którym, w rybackiej chatynce mieliśmy swoją bazę podczas nagrywania teledysku.
W poniedziałek zanim wyruszyliśmy w trasę na południe do Nantes wybraliśmy się jeszcze do słynnej katedry w Rouen. Tak – to jest ta sama katedra którą 130 lat temu malował o różnych porach roku i dnia Claude Monet. Okazało się że była zaledwie 4 minuty piechotą od Foyer des Marins. Dopiero widząc na żywo misterne rzeźby na zachodniej fasadzie Świątyni zrozumiałem jakim wyzwaniem dla Moneta było uchwycenie gry światły i cienia! Budowla jest tak ogromna że ciężko było uchwycić skalę na zdjęciach – niech namiastką skali będzie informacja że owa fasada zachodnia ma wysokość 82 metry a misterność zdobienia widać na zdjęciach które załączam. Na jednym z nich jest cała fasada, na drugim filigranowe zdobienia z moim palcem dla orientacji.
Z Rouen ruszyliśmy już prosto do Nantes gdzie dojechaliśmy niewiele przed północą.
Uściski,
Inula








